Nie można było odebrać im tego, czego dokonali na wojnie.
Można było jednak próbować odebrać im prawo do własnej historii.
I właśnie to przez dziesięciolecia robiono w komunistycznej Polsce.
Po zakończeniu II wojny światowej tysiące polskich żołnierzy wróciło do kraju. Byli wśród nich żołnierze Armii Krajowej, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, lotnicy RAF-u, marynarze, żołnierze Armii Andersa i uczestnicy walk na wielu frontach.
Walczyli o wolną Polskę.
Ale Polska, do której wracali, nie była już wolna.
„Element politycznie wrogi”
Dla komunistycznych władz szczególnie niewygodni byli żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Władze traktowały ich jako potencjalnie wrogich politycznie — ludzi związanych z emigracją, Rządem RP na Uchodźstwie i światem zachodnim. Część z nich była inwigilowana, represjonowana, a ich wojenne życiorysy stawały się powodem podejrzeń.

IPN w najnowszych badaniach określa ich sytuację wprost: „element politycznie wrogi”. Dokumentacja pokazuje skalę represji, inwigilacji i propagandy skierowanej przeciwko tej grupie. (Instytut Pamięci Narodowej)
Lotnik, który walczył w RAF-ie.
Marynarz, który służył pod polską banderą u boku aliantów.
Żołnierz generała Andersa.
Człowiek, który przeszedł przez Syberię, Bliski Wschód, Afrykę czy Włochy.
Po powrocie do Polski mógł nagle stać się dla państwa podejrzanym człowiekiem.
Najpierw wymazać. Później zawłaszczyć.
Komunistyczny system stosował dwa mechanizmy.
Jednych próbowano wymazać z pamięci.
Innych — włączyć do kontrolowanego przez państwo systemu kombatanckiego.

Przez niemal cztery dekady ZBoWiD był jedynym oficjalnym przedstawicielem kombatantów w Polsce. Według materiałów IPN organizacja ta skupiała zarówno osoby związane z ruchem komunistycznym, jak i żołnierzy AK, a jej struktury kierownicze pozostawały pod silnym wpływem ludzi związanych z aparatem bezpieczeństwa. (Instytut Pamięci Narodowej)
To prowadziło do sytuacji absurdalnej i tragicznej:
ofiary i ich prześladowcy mogli znaleźć się w jednej organizacji kombatanckiej.
Żołnierz AK mógł być zmuszony do funkcjonowania w strukturze, w której obok niego znajdowali się ludzie, którzy wcześniej walczyli przeciwko podziemiu niepodległościowemu.
Nawet język miał znaczenie
Władza nie tylko decydowała, kogo wolno było upamiętniać.
Decydowała również, jak o tych ludziach mówić.

Błyskawica to okręt, który podczas II wojny światowej walczył u boku Royal Navy, uczestniczył m. in. w działaniach wojennych na Atlantyku, Morzu Północnym. Wielu dowódców Marynarki Wojennej i marynarzy było prześladowanych i zamordowanych przez komunistów.
Zdjęcie: autorka artykułu.
IPN wskazuje, że żołnierze AK przez dziesięciolecia byli w strukturach ZBoWiD umieszczani w grupie określanej jako „Ruch Oporu”, razem z GL i AL. W dokumentach kombatanckich zamiast rzeczywistej służby w AK pojawiała się właśnie taka ogólna kategoria. (Instytut Pamięci Narodowej)
To nie był przypadek.
Kto kontroluje słowa, ten może próbować kontrolować pamięć.
A potem przyszła kolej na „bohaterów systemu”
Państwo potrzebowało własnej opowieści o wojnie.
Potrzebowało własnych bohaterów.
Potrzebowało mundurów, medali, sztandarów i uroczystości, które miały pokazywać, że to właśnie komunistyczna władza jest spadkobiercą polskiej tradycji walki o wolność.
Weteran miał ogromną wartość symboliczną.
Dlatego zamiast pozwolić mu opowiedzieć całą prawdę o swoim życiu, system próbował wykorzystać jego obecność do budowania własnej legitymizacji.
To właśnie dlatego można mówić o „kradzieży weteranów”.
Nie chodzi o kradzież ich medali.
Nie chodzi nawet wyłącznie o odebranie im przywilejów.
Chodzi o próbę ukradzenia ich historii.
A historia wracała
Po 1989 roku zaczęto przywracać należne miejsce żołnierzom AK, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, powojennego podziemia niepodległościowego i ofiarom represji.

Ustawa kombatancka z 1991 roku stworzyła nowe kategorie osób uprawnionych, obejmując m. in. żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego oraz ofiary represji okresu stalinowskiego.
Ale przez dziesięciolecia wyrządzonych szkód nie dało się po prostu cofnąć.
Bo można przywrócić odznaczenie.
Można postawić pomnik.
Można odsłonić tablicę.
Ale nie da się odzyskać straconych lat życia, przemilczeń, strachu i rodzinnych historii, których dzieci i wnuki nie mogły poznać.
Dlatego musimy pamiętać
Dzisiaj, kiedy spotykamy ostatnich świadków tamtych wydarzeń, mamy szczególny obowiązek.
Nie pozwólmy ponownie „ukraść” ich historii.
Niech polski lotnik RAF-u będzie pamiętany jako polski lotnik RAF-u.
Niech żołnierz generała Andersa będzie pamiętany jako żołnierz Armii Andersa.
Niech żołnierz Armii Krajowej będzie nazywany żołnierzem AK.
Niech marynarz Polskiej Marynarki Wojennej będzie pamiętany pod polską banderą.
Nie poprawiajmy ich życiorysów pod potrzeby żadnej ideologii.
Bo pamięć historyczna nie powinna należeć do żadnej partii, żadnego systemu i żadnej władzy.
Należy do tych, którzy tę historię przeżyli — i do następnych pokoleń, które mają obowiązek ją zachować.
Dlatego Stowarzyszenie Polish Sue będzie nadal przypominać historie polskich żołnierzy, lotników i marynarzy, których losy przez lata próbowano przemilczeć.
„CZY DZISIAJ TEŻ MOŻNA UKRAŚĆ HISTORIĘ WETERANÓW?”
Kiedyś komuniści próbowali „ukraść” polskich weteranów, odbierając im prawo do własnej historii.
Jednych wymazywano z pamięci.
Innych przedstawiano w sposób zgodny z oficjalną narracją.
Jeszcze innych próbowano włączyć do systemu i wykorzystać ich autorytet.
Czy dzisiaj historia może być zawłaszczana w bardziej subtelny sposób?
Nie przez wymazywanie nazwisk.
Nie przez zakazywanie uroczystości.
Ale przez identyfikowanie się z weteranami i ich dziedzictwem przez osoby lub środowiska, których rzeczywiste wartości mogą pozostawać z nim w sprzeczności?
Zdjęcie z weteranem jest piękne.
Spotkanie pokoleń jest potrzebne.
Przekazywanie historii młodym ludziom jest naszym obowiązkiem.
Ale pamiętajmy o jednej rzeczy:
zdjęcie z bohaterem nie daje automatycznie prawa do jego dziedzictwa.
Dziedzictwo trzeba jeszcze rozumieć.
Trzeba szanować wartości, za które ten człowiek walczył.
Trzeba znać jego prawdziwy życiorys.
I przede wszystkim — trzeba uważać, aby autorytet człowieka, który poświęcił swoje życie Polsce i wolności, nie stał się narzędziem budowania wiarygodności tych, którzy tej historii nie rozumieją albo próbują ją wykorzystać dla własnych celów.
Weterani nie są własnością żadnego środowiska.
Ale ich historia również nie może być własnością każdego, kto chce się nią posłużyć.
Dlatego naszym zadaniem nie jest tylko publikowanie zdjęć z weteranami.
Naszym zadaniem jest pilnowanie prawdy o tym, kim byli, za co walczyli i jakie wartości reprezentowali.
Bo można ukraść historię także wtedy, gdy pozornie oddaje się jej hołd.
Nie pozwólmy ukraść jej po raz drugi.
Tekst: Iwona Golińska, prezes Stowarzyszenia „Polish Sue” oraz sekretarz Rady ds. Polonii i Polaków za Granicą przy Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej.
Źródła: IPN, Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.





Leave a comment