„Kto ma Westerplatte, ten panuje nad wejściem do portu gdańskiego.”

Te słowa Mieczysława Pieriejasławskiego-Jałowieckiego nabierają dziś szczególnego znaczenia. Wypowiedziane ponad sto lat temu stały się niemal proroczą zapowiedzią historii tego miejsca. Westerplatte, które w 1939 roku stało się symbolem polskiego oporu wobec niemieckiej agresji, wcześniej musiało zostać dla Polski zdobyte – nie na polu bitwy, lecz dzięki determinacji, odwadze i politycznej wizji jednego człowieka.

Mieczysław Pieriejasławski-Jałowiecki był człowiekiem niezwykłym. Arystokrata, ziemianin, dyplomata, agronom, przedsiębiorca, społecznik i patriota. Człowiek pogranicza kultur i imperiów, który mimo rosyjskich korzeni swojej rodziny czuł się przede wszystkim Polakiem.

W swoich wspomnieniach pisał: „Nasza rodzina należała do Rurykowiczów, co w Rosji wiele znaczyło. Czuliśmy się jednak bardzo polsko, a to było w Rosji ogromną wadą”.

Z arystokratycznego domu ku służbie Polsce

Jałowiecki pochodził z rodziny o znakomitych tradycjach. Jego ojcem był generał Bolesław Jałowiecki – wybitny inżynier, budowniczy kolei, działacz gospodarczy i polityk, członek rosyjskiej Dumy. Matką była Aniela Witkiewicz, siostra malarza Stanisława Witkiewicza i ciotka Stanisława Ignacego Witkiewicza – Witkacego.

Mieczysław otrzymał wszechstronne wykształcenie. Uczył się w Petersburgu, następnie studiował chemię i agronomię w Rydze, a później kontynuował naukę w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Studiował m.in. na uniwersytetach w Halle i Bonn, przygotowując pracę doktorską dotyczącą uprawy i melioracji torfowisk.

Znał kilka języków i doskonale rozumiał mechanizmy gospodarcze oraz polityczne ówczesnej Europy.

Ta wiedza miała w przyszłości okazać się bezcenna.

Po powrocie na rodzinne ziemie zaangażował się w działalność gospodarczą i społeczną. Był urzędnikiem rosyjskiego Ministerstwa Rolnictwa, konsulem ds. rolnictwa w Niemczech, dyrektorem spółek gospodarczych i członkiem instytucji zajmujących się handlem oraz przemysłem.

Przede wszystkim jednak był ziemianinem. Jego majątki na Litwie należały do najnowocześniejszych w regionie.

Rewolucja, utrata majątku i rozczarowanie Rosją

Rok 1917 zmienił wszystko.

Rewolucja bolszewicka oznaczała dla polskich ziemian nie tylko utratę majątków, ale często również prześladowania, przemoc i śmierć. Jałowiecki bezskutecznie próbował ratować swoje dobra.

Doświadczenia rewolucji całkowicie zmieniły jego stosunek do Rosji.

Po latach pisał:

„Co pozostaje w moim sercu dla Rosjan, to nie litość, ale uczucie wstrętu, odrazy i niewysłowionej pogardy.”

Pod koniec 1918 roku przebywał w Wilnie i angażował się w przygotowania do samoobrony miasta. Wraz z przedstawicielami ziemiaństwa udał się następnie do Warszawy, aby przedstawić Józefowi Piłsudskiemu dramatyczną sytuację Wileńszczyzny.

Piłsudski nie był mu obcy. Ich rodziny łączyły więzy pokrewieństwa.

Jałowiecki przybył do Warszawy, by prosić o pomoc dla Wilna.

Wyjechał jednak z misją, która miała zmienić historię Gdańska.

„Jeżeli nie spodobacie się nam, dostaniecie kulę w łeb…”

Piłsudski postanowił wysłać go do Gdańska.

Polska, wyniszczona wojną, potrzebowała żywności. Dzięki porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi pomoc miała trafiać do Polski za pośrednictwem American Relief Administration kierowanej przez Herberta Hoovera.

Problem polegał na tym, że transporty docierały drogą morską do Gdańska, a ktoś musiał zorganizować ich odbiór, rozładunek i dalszy transport w głąb kraju.

Tym kimś został Jałowiecki.

11 stycznia 1919 roku został mianowany generalnym delegatem Ministerstwa Aprowizacji dla Gdańska, a 28 stycznia premier Ignacy Jan Paderewski powierzył mu funkcję delegata rządu polskiego w Gdańsku.

Przed wyjazdem spotkał się jeszcze z Piłsudskim.

Marszałek miał mu powiedzieć:

„Jeżeli nie spodobacie się nam, dostaniecie kulę w łeb. Jeżeli nie spodobacie się Niemcom, dostaniecie kulę w łeb. Starajcie się uniknąć jednego i drugiego.”

Trudno o bardziej wymowne instrukcje dla polskiego przedstawiciela wysyłanego do miasta, którego przyszłość pozostawała niepewna.

Westerplatte – decyzja, która wyprzedziła historię

Gdańsk był wówczas miejscem niezwykle skomplikowanym politycznie. Niemiecka większość nie zamierzała łatwo zaakceptować polskiej obecności, a o wpływy w mieście zabiegały różne środowiska i państwa.

Jałowiecki obserwował sytuację uważnie.

Szczególnie interesowało go Westerplatte.

Wtedy nie było jeszcze symbolem wojny. Było nadmorskim terenem rekreacyjnym.

Jałowiecki widział jednak coś więcej.

Strategiczne położenie. Dostęp do portu. Możliwość kontroli nad wejściem do Gdańska.

I dlatego powiedział:

„Kto ma Westerplatte, ten panuje nad wejściem do portu gdańskiego.”

Postanowił więc doprowadzić do zakupu półwyspu przez Polskę.

Problem był jeden – polski rząd nie miał pieniędzy.

Paderewski i minister Antoni Minkiewicz poparli pomysł, ale poprosili Jałowieckiego, aby zdobył środki na własną odpowiedzialność. Pieniądze miały zostać zwrócone, gdy sytuacja prawna Gdańska zostanie uregulowana.

Jałowiecki nie wycofał się.

Zaciągnął pożyczkę we własnym imieniu.

Kiedy jednak pojawiła się kolejna przeszkoda – niemiecki właściciel nie chciał sprzedać nieruchomości Polakowi – Jałowiecki znalazł rozwiązanie. Zaangażował Kaszubę o niemieckim nazwisku, który dokonał zakupu, a następnie odsprzedał Westerplatte Jałowieckiemu.

W podobny sposób nabywano również inne strategiczne nieruchomości.

Była to działalność wymagająca nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim odwagi, sprytu i ogromnego poczucia odpowiedzialności.

Jałowiecki ryzykował własnym majątkiem, ponieważ uważał, że pewne miejsca trzeba zabezpieczyć dla przyszłego państwa polskiego – nawet jeśli w danym momencie nikt jeszcze nie potrafił przewidzieć, jaką rolę odegrają.

Człowiek, którego historia nie wynagrodziła

Paradoksalnie jego zasługi nie spotkały się w Warszawie z powszechnym uznaniem.

Przeciwko Jałowieckiemu zaczęły pojawiać się donosy i oskarżenia. Polityczne spory i personalne antagonizmy sprawiły, że jego pozycja w Gdańsku stopniowo słabła.

W 1920 roku został zastępcą Macieja Biesiadeckiego, a pod koniec tego samego roku zrezygnował z działalności w Gdańsku.

Przeniósł się do majątku Kamień koło Kalisza.

Nie oznaczało to jednak końca jego służby publicznej. Angażował się w działalność gospodarczą i społeczną, a dzięki jego inicjatywom powstał m.in. szpital w Kaliszu.

Wojna i emigracja

W czasie II wojny światowej Jałowiecki znalazł się w Wielkiej Brytanii.

Jak wielu polskich emigrantów, nie zaakceptował utraty niepodległości ojczyzny. Aktywnie uczestniczył w życiu polskiej społeczności na emigracji. Pisał, publikował i działał na rzecz zachowania polskiej pamięci.

Pozostawił po sobie niezwykle cenne wspomnienia, w których opisał nie tylko wydarzenia polityczne, ale również świat polskiego ziemiaństwa, który bezpowrotnie zniknął po wojnie.

Do najważniejszych jego dzieł należą „Na skraju imperium”, „Wolne Miasto” oraz „Requiem dla ziemiaństwa”.

Są one dziś nie tylko literaturą wspomnieniową.

To świadectwo epoki.

Powrót do Polski

Mieczysław Pieriejasławski-Jałowiecki zmarł w 1962 roku pod Londynem.

Nie doczekał chwili, w której wolna Polska mogłaby mu podziękować.

Nie doczekał również chwili, gdy Westerplatte – miejsce, o którego znaczeniu wiedział już w 1919 roku – stało się jednym z najważniejszych symboli polskiego oporu i niezłomności.

Przez dziesięciolecia spoczywał na obczyźnie.

Teraz jednak historia zatacza koło.

Jego prochy powróciły do Polski – do ojczyzny, której służył i dla której podjął ryzyko, jakiego wielu nie odważyłoby się podjąć.

To więcej niż symboliczny powrót.

To spóźniony, ale należny hołd.

Bo historię Polski tworzyli nie tylko ci, którzy walczyli z bronią w ręku.

Tworzyli ją również ludzie, którzy potrafili dostrzec zagrożenie wcześniej niż inni. Którzy podejmowali decyzje w czasach politycznej niepewności. Którzy ryzykowali własnym majątkiem, nazwiskiem i bezpieczeństwem, aby zabezpieczyć polski interes.

Mieczysław Jałowiecki był jednym z nich.

A Westerplatte, które w 1939 roku stało się symbolem siedmiu dni polskiej obrony, ma również wcześniejszą historię – historię człowieka, który kilkanaście lat wcześniej zrozumiał, że ten skrawek ziemi może mieć dla Polski znaczenie strategiczne i symboliczne.

Dlatego warto dziś przypomnieć jego nazwisko.

Mieczysław Pieriejasławski-Jałowiecki.

Arystokrata z rodu Rurykowiczów. Ziemianin. Dyplomata. Człowiek czynu. 🇵🇱

Polak, który kupił Westerplatte dla Polski.

I człowiek, który po ponad sześciu dekadach od śmierci wreszcie powróci do swojej ojczyzny.

Tekst: Iwona Golińska – Prezes Polish Sue, Sekretarz Rady ds. Polonii i Polaków za Granicą przy Prezydencie RP.

Foto: Wikipedia

Leave a comment

Trending